„Czasem mam w sobie taki myślnik, taki szum”, czyli „mrówki w cukrze” w poezji o byciu kimś innym, gdy jest się (niestety) ciągle tym samym

W wierszach uznanej poetki młodego pokolenia, Joanny Lech, zebranych w jej najnowszym tomie Trans, rzeczywistość i człowiek są sobie wrogie, stosują przeróżne sztuczki, aby siebie nawzajem przechytrzyć, przybierają coraz to wymyślniejsze maski i w konsekwencji wpadają w osobliwy trans, w którym nic nie jest pewne i nie sposób oddzielić prawdy od ułudy. Po stronie „ja” główny problem leży w tym, że chcąc być uczciwym wobec siebie, wciąż musi utwierdzać się w przekonaniu, że czegoś nie wie, co prowadzi do intuicyjnego poczytywania przesłanki za niezbity dowód na potwierdzenie jakiejś tezy. Do zrozumienia i samopoznania dąży się tutaj przez sen – zarówno naturalny, prowadzący do regeneracji organizmu, jak i wynikający z wyboru, polegający na psychodeliczno-podejrzliwym traktowaniu całego świata, jako tworu onirycznego, nierealnego, rządzącego się zupełnie innymi zasadami, niż nam zdołano wmówić.

Choć trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, ile tak naprawdę zależy tutaj od samego podmiotu, a ile zostało mu narzucone, to jednak w większości tych wierszy napotkamy na akceptację stanu rzeczy właściwego poetyckiemu światu. Mimo to, gdy pojawia się pragnienie ucieczki, to zawsze nie „od” tego, co tutaj, lecz „do” tego, co można napotkać w przestrzeniach nieznanych, egzotycznych i wątpliwych. Poszczególne „transe” wynikają więc z tego, że człowiek pragnie innych stanów skupienia, czuje się najzwyczajniej uwięziony w swoim ciele i poznaje dzięki temu najbardziej uniwersalną prawdę o życiu. W świecie realnym, ufundowanym na relacji pomiędzy podmiotem i przedmiotem, każdy akt jego świadomości poczyniony jest z konkretnej perspektywy, nigdy nie stanie się czymś totalnym, wykraczającym poza egzystencjalne i psychologiczne paradoksy. W świecie Transu wszystko jest ze sobą surrealistycznie powiązane – coś, co „normalnie” jest niewytłumaczalne, tutaj zyskuje swoje klarowne wyjaśnienie w postaci jakiegoś zjawiska lub rzeczy, która choćby się wydawało, że nie ma żadnego powiązania z tym, co chcemy naświetlić, to jednak tutaj ta zależność okazuje się czymś najoczywistszym, uchwytnym na pierwszy rzut oka. Równie często obecnym przejawem tego jest język, który bohaterom-podmiotom Joanny Lech potrafi wielokrotnie „spłatać figla” swą wieloznacznością i zmetaforyzowaniem. W naszym systemie językowym nie brak przecież wyrażeń, które traktują rzeczywistość na wyrost i zakłamują ją, gdy chcą nienazywalne ująć w sztywne ramy komunikatu, czemu Trans stawia jednym razem ewidentny opór, by za chwilę podać w wątpliwość jego zasadność i zakamuflować go – udać, że sprzeciw miał miejsce, lecz teraz jest czymś niekorzystnym.

W transowej rzeczywistości nieprawdopodobne rzeczy naprawdę się dzieją – uczucia można wyjaśnić stanem fizycznym, wewnętrzne uniesienia znajdują swój realny odpowiednik, a absurd staje się normalnością. Fatalistyczne traktowanie świata takim, jakim jest, nie zadowala podmiotów Transu – o wiele bardziej satysfakcjonujące jest dla nich szarpanie się z nim i postrzeganie go tak, aby spełniał ich postulaty i odzwierciedlał wyobrażenia. Stąd tyle tu buntu i strachu przed demaskacją ferowanych przez nich przeinaczeń, co nie prowadzi jednakże do wniosku o wtórności „transowego” świata, jego wynikania z myśli kolejnych podmiotów lirycznego wyznania. Wydaje się, że Joanna Lech chciała nam unaocznić, że nie ma żadnych powodów ku temu, aby bać się rzeczywistości, nie czerpać z niej wszystkiego, co ma do zaoferowania, choć całkowite jej zaufanie również nie jest czymś w jej światopoglądzie twórczym godnym pochwały. Kontrapunktem dla tego wszystkiego jest pragnienie miłości, jako jedności z kimś bliskim tylko sobie, poczucia z nim wspólnoty duchowej i bezgranicznej otwartości na tę jedną, wybraną osobę. Jednak i o tym, słusznie, nie mówi się w sposób pozbawiony zastrzeżeń. W Transie każda zależność i relacja, zarówno znaczeniowa, jak i dotycząca opisywanych zdarzeń, zawsze stawiana jest w ogniu krzyżowych pytań, aby wyłonić ich dwie strony medalu, negatywne i pozytywne oblicze. Dlatego jest to poezja nieco polifoniczna, splata się tutaj inwencja i niewątpliwy talent autorki, wymowa piosenek składających się na soundtrack tomu, a na dodatek przeziera z tego gdzieniegdzie niefortunny komunikat prasowy, który może wydawać się błędem praktykanta lub lekceważącego czytelników dziennikarza, lecz w Transie staje się odsłonięciem zasłony lub potwierdzeniem tego, że nawet w najmniej spodziewanych momentach może dać znać o swoim istnieniu coś, co jest pod „podszewką świata”, a co nieświadomy emisariusz prawdy nam ujawnia.

Dlaczego warto więc pozwolić wprowadzić się w stan transu, na przykład poprzez lekturę tej książki? Jedną z niewątpliwych zalet jest to, w jaki sposób wówczas zachowuje się pamięć. Okazuje się, że bardzo łatwo wtedy pozbyć się ze świadomości czegoś, co poniekąd nas dotychczas współtworzyło, lecz czemu dotychczas zawdzięczaliśmy tylko frustracje, lęk i smutek. W świecie wyobrażonym, sennym można żyć w sposób prawdziwie wolny, niezideologizowany, ponieważ śniąc i marząc nie pamiętamy o tym, co poprzedziło chwilę obecną. Podmioty Transu, dokonując spontanicznych i intuicyjnych wyborów, pragną zapomnienia również dlatego, że swoje życie postrzegają w kategoriach kieratu – konkretne momenty, znieczulające na zło i wpajające materializm, wciąż powracają w ich historii, więc mają ich po prostu dość. Nie widząc jednak możliwości wydobycia się z tego impasu wolą stać się kimś, dla kogo „teraz” jest czymś ciągle nowym i równocześnie tym, co wcześniej i później. Rozpatrując to z perspektywy metaliterackiej moglibyśmy odnieść wrażenie, że Trans eksponuje jedną z głównych cech literatury, którą jest zawężanie percepcji. Poeci, chcący poddać refleksji jakąś ważną w danym czasie tendencję, muszą najpierw sprowadzić ją do konkretnego przejawu, najczęściej ekstremalnego, aby następnie na tyle uwieść zmysły czytelnika swą wizją, aby ten był w stanie pociągnąć ją dalej, formułując kolejne pytania i odnosząc to do swojego życia, które także nie jest czymś ciągłym i skupione jest wokół epizodów-egzemplifikacji. Rodzi to jednak znaczące niebezpieczeństwo, przed którym ostrzega wiele z tych wierszy. Widząc detal, wielokrotnie nie mamy świadomości tego, że całość, na którą ów szczegół się składa, może mieć zupełnie inne znaczenie, niż sugerowałaby jakiś jej element, co bez przeszkód wykorzystują przeróżni manipulatorzy. Pokazuje to, że wejście w stan transu, iluzji i fantazji może pomóc znieść to, z czym przyjdzie nam się zetknąć, gdy powrócimy do względnej normalności i ujrzymy całość.

Trans w ujęciu Joanny Lech ma moc wyzwalającą siły zakorzenione w podświadomości, pozwalającą działać wbrew innym i przede wszystkim w zgodzie ze sobą i pragnieniami, które poza światem snu nigdy nie mogłyby się ujawnić. Jednak człowiek, z jakim obcować będzie czytelnik tego tomu, w przedziwny sposób okazuje się pęknięty i pozytywnie słaby, daleki od ostatecznego określenia i ciągle się „stający”, bo dzięki temu zyskuje na autentyzmie, zaczyna w swoim życiu splatać walkę z koszmarami z oddawaniem się we władanie fantazjom. Dlatego nierzadko zdaje się pragnąć zniewolenia, które zawsze w jego mniemaniu powinno zostać poprzedzone czymś na wzór zgody. W ten sposób w Transie różne formy negatywizmu tracą na znaczeniu, gdyż nade wszystko zgodnie z jego przesłaniem warto poszukiwać jakiegoś punktu wspólnego lub złotego środka, który pozwoli trwać i rozwijać się w harmonii pomiędzy tym, co ciągnie nas i podmiot tych wierszy w dwa, przeciwne kierunki, raz z jednej, a raz z drugiej zwiększając swą siłę przyciągania.

Gdzieś na peryferiach tych myśli kryje się poetycki namysł nad tym, czy rzeczywiście to człowiek jest gwarantem istnienia sensu świata i czy może nie jest w gruncie rzeczy tak, że jeżeli cokolwiek posiadamy, to tak naprawdę tylko siebie i to wyłącznie w momentach szczególnych, właśnie transowych. Wówczas nie odgranicza nas od świata powłoka cielesna, nasze istnienie staje się płynne, nieokreślone, bije z nas światło i wszystkie kategorie, jakimi ludzie przez stulecia posługiwali się, gdy mówili o życiu, stają się dla nas nic niewartą abstrakcją, sztuką dla sztuki niemającą zastosowania w praktyce. Trans otwiera więc na kwestie, które z perspektywy wielu być może nie stanowią większego problemu i powinny zostać przemilczane, tym bardziej jeżeli przecież nie wiemy, czym są ani tym bardziej, jakie mają dla nas znaczenie. Wbrew temu Joanna Lech wnikliwie przygląda się poszczególnym aberracjom rzeczywistości, nie roszcząc sobie przy tym prawa do totalności, gdyż do jakiegoś stopnia jest świadoma swego talentu, ale – co tutaj najbardziej pociągające – nie wie, w jakie rejony może on ją zaprowadzić. Dzięki temu, za każdym razem zaskakując czytelnika niecodziennym podejściem do tego, co niewyrażalne i niemożliwe, kontynuuje eksplozywność znaną z poezji Przybosia. Świat Transu naładowany jest nieznaną energią, która prędzej czy później będzie musiała wybuchnąć. Zanim to jednak nastąpi Joanna Lech, burząc zastane struktury, chce nam pokazać, do czego można dotrzeć, gdy korzysta się z dynamitu wyobraźni.

Autor: Przemysław Koniuszy

Joanna Lech „Trans”, Instytut Mikołowski, Mikołów 2016, s. 40

Kursywą zostały wyróżnione cytaty pochodzące z recenzowanej książki.

„Czasem mam w sobie taki myślnik, taki szum”, czyli „mrówki w cukrze” w poezji o byciu kimś innym, gdy jest się (niestety) ciągle tym samym

„Rytm bezkresny wiecznego mijania”, czyli „tęsknota obrazowa” w tomie pełnym uniesień i niesłusznej amnezji

Dziwność pyłku i bezmiaru. Dziwność piękna –

Dziwność Boga. Dziwność przeznaczenia –

Dziwność, dziwność bezgraniczna, nieobjęta.

Dziwność sama. Bez nadziei i pragnienia.

Wiersze wybrane Elżbiety Szemplińskiej (1909-1991) przypominają nam niezwykle interesujący głos XX-wiecznej poezji, który przeszedł rozmaite ewolucje – od utworów pełnych dziecięcego zachwytu nad „wybuchowością” świata, jego wielogłosowością, przez teksty przepełnione dekadentyzmem i antypatriotyczny epizod, aż do rewizjonizmu i stopniowego wyciszania poetyckiej frazy. Jest to wybór naprawdę niesamowity, bo nie tyle prezentuje reprezentatywne przykłady każdego z tych etapów, ile z tego względu, że czytelnik nie znajdzie tutaj utworu niezasługującego na głębszy namysł i niewzbudzającego zachwytu nad niewątpliwym talentem autorki. Po lekturze tych Wierszy wybranych w niejednej osobie obudzi się z pewnością żal nad tym, jak wiele wartościowych, aktualnych i przede wszystkim poruszających zjawisk pozostanie dla nas w literaturze nieodkryte. Czesław Miłosz w swym wierszu Ale książki napisał niegdyś, że pomimo wszystkiego, co się wydarzy, dobrze urodzone książki będą na półkach. Nie ma tam jednak mowy tylko o półkach bibliotecznych, lecz takich, z których będą mogły trafić do dotykających ich rąk czytelników, inicjujących w ten sposób ich trwanie w myśli i pamięci. Dlatego warto sięgnąć po te teksty, gdyż literatura bez odbiorców traci swą rację istnienia.

Choć poetyka Szemplińskiej przez lata podlegała znaczącym przemianom, to jednak bez względu na czas odznaczała się obecnością podmiotu, który zna swoje miejsce w maszynie, jaką jest społeczeństwo i godzi się na wszystko, co mu w niej przeznaczone. Pogodzenie się ze swoim losem nie koliduje tu jednak z zastanowieniem się nad tym, czy naprawdę człowiek musi być zgubiony przez swe rozdarcie pomiędzy metafizyką a pragmatyczną codziennością, czy w istocie nie ma żadnej możliwości ucieczki przed dehumanizacją i animalizacją człowieczeństwa. Poetka zdaje się docierać dzięki temu do hipotezy, zgodnie z którą, bez względu na panującą w danym momencie dziejowym ideologię, dzięki obraniu odpowiedniej perspektywy zawsze będzie można dostrzec jednostkę zawłaszczoną, sprowadzoną do funkcji, jaką pełni w świecie dla innych, a więc wyzbytą z przynależnego sobie naturalnie humanizmu. W tym tkwi źródło jej postulatu połączenia wolności z równością, aby każdy człowiek miał prawo nie tyle do pracy, jako budowania ładu społecznego i prywatnego dobrobytu, ile także do korzystania z tego wszystkiego, co przez niego współtworzone. Mimo to nie sposób oprzeć się przekonaniu, że sama poetka niezbyt wierzyła w możliwość urzeczywistnienia tych marzeń, gdyż z porównywalną intensywnością konstruowała obrazy potwierdzające te idee, jak i ich przeciwieństwa, uwydatniające wszystko to, co jednostkę sprowadza z „właściwej” drogi na manowce, uniemożliwiając jej rozwój i niejako zatrzymując ją w miejscu, w którym – w sposób metaforyczny – stawała się wystawiona na działanie negatywnych sił. W tym miejscu u Szemplińskiej najczęściej pojawiała się rodzina – organizm niesłychanie przez nią podziwiany i darzony wręcz kultem, lecz niemogącym mimo wszystko uniknąć kontaktu z ostrzem jej krytyki, gdyż to właśnie rodzina sprowadza człowieka do „parteru”: pokazuje mu, gdzie jego miejsce, hamuje wyobraźnię, niweluje ambicje i bezpowrotnie wprowadza w „kołowrotek” egzystencji, w którym każdy etap jest z góry przewidziany.

Wybór ten jest doprawdy wieloaspektowy. Obok tego rodzaju refleksji sytuują się tu, nierzadko ocierające się o surrealizm, swoiste reportaże Szemplińskiej z obserwacji miast i krajobrazów, a wszystko po to, aby czytelnik wraz z nią zbliżył się do niezafałszowanej prawdy o rzeczywistości, której modus operandi jest ukrywanie się za maskami, przybieranie postaw niewzruszonych i udawanie, że wszystko jest dokładnie takie, jakim jawi się na pierwszy rzut oka. Dlatego nic nie stoi tutaj na przeszkodzie, aby świat po Leśmianowsku oszalał, samochody były zwierzętami w dżungli, kościół ropuchą w rui, ogród jęzor ostry zwijał w szorstką rurę, a jezdnie stawały się dusicielskimi olbrzymimi boa, przy czym nie są to popisowe metafory, lecz pełnoprawne obrazy. Tym samym w tej poezji krytyczny namysł nad misteriami rozwoju, / od ziarna do śmierci, siłami przyrody, ich witalistycznym odradzaniem się i trwaniem mimo wszystko kryje się nadzieja dla człowieka pragnącego zachować swą podmiotowość i świadomość nieskończoności świata, który ludzkość próbuje nieudolnie zatrzymać. W zebranych tu utworach także zewnętrzność (świat przedmiotów) nie jest tylko współtowarzyszem człowieka, lecz immanentną częścią niego samego – rzeczywistość poza człowiekiem jest odzwierciedleniem jego wnętrza, determinuje psychikę i zachowania.

Właściwe Szemplińskiej tendencje antropomorfizacyjne służą odkłamywaniu zakorzenionego w świadomości wyobrażenia o tym, że świat nie mógłby istnieć bez „ja” poznającego. W jej optyce oczywista konkluzja mówiąca o tym, że bez człowieka być może byłoby wszystkim innym istnieniom znacznie lepiej, przeobraża się w zachwycające opisy nadmiaru, którego nikt nigdy nie zdoła docenić w odpowiedniej mierze, jak pisze: To już nadmiar jest szczęścia, lenistwa i ciszy. / To nie życie człowieka, lecz ptaków i traw. U Szemplińskiej bycie-w-świecie jest permanentnym cierpieniem, tkwieniem w samym oku cyklonu, w centrum ścierających się opozycji, z którego nie można uciec lub trzeba po prostu oddać się mu w całości, jak to ujmuje w jednym z wierszy: jedyna ucieczka przed tobą – skoczyć w odmęt i dać się pochłonąć. Powoływane przez nią do istnienia podmioty, godząc się na życie, automatycznie wyrażają aprobatę na metaforyczne „wszczepienie” im enigmatycznego pierwiastka, który znajduje się w ten sposób zarówno w nich samych, jak i w całym świecie, łączy „ja” z rzeczywistością, a więc uniezależnia od siebie te dwa byty, inicjuje nieudolne podejmowanie ucieczek od zła w poszukiwaniu dobra (na próżno uciekam i czekam, i walczę, i szukam wokół) i tym bardziej – przez wszechwładzę tego, co niepojmowalne i destrukcyjne – zniewala, przejawiając się w najmniej spodziewanym momencie: Ona mówi do mnie widokiem, dźwiękiem, zapachem, dotykiem, / tym mocniej podświadomość owłada, czym ją głębiej świadomość spycha.

W refleksji metapoetyckiej Szemplińska akcentuje subtelną różnicę pomiędzy koncepcją powstawania wiersza (przejścia od jego nieistnienia do bycia) i jego stawaniem się (pęcznieniem, splątywaniem, gubieniem), swego rodzaju niemożliwym do zakończenia procesem wynikania, który ma swój punkt wyjścia w pozostawaniu liryki na iskrzącym od licznych napięć styku pomiędzy fizycznością i zmysłowością – tym, co twórca zgadza się ujawnić i jego zasugerowaną przez uzewnętrznienie podświadomością. Temu ostatniemu poetka przygląda się jeszcze bliżej, ponieważ rysująca się tutaj niezgodność stanowi dla niej sedno dramatu człowieka może nie tak „zjawiskowego” jak te, o których mówi historiozofia, ale równie ważnego i koniecznego do skomentowania. Okazuje się bowiem, że podmiot XX-wieczny (i zapewne także nam współczesny) znajduje się w osobliwym impasie. Z jednej strony nie może szukać ukojenia, wyjść ze swoją rozpaczą do świata i ludzi, gdyż dałby wówczas świadectwo swej słabości, a słabego człowieka można niezwykle łatwo złamać i zmanipulować. Z drugiej zaś nigdzie nie jest naprawdę sam, zawsze „jest” w kontekście czegoś, co od niego niezależne, chociażby natury, która co prawda została na wszelkie możliwe sposoby opisana, to jednak wciąż zdaje się przed nami skrywać swą prawdziwą istotę i magię. Kumulację tych wszystkich poglądów odnajdujemy w wierszach wprost mówiących o tym, czym dla Szemplińskiej jest liryka. Wiersze są dla niej czymś, co otwiera umysł na nowe doznania, poszerza horyzonty i wydobywa ze „strefy komfortu”, przy czym nie może tego robić gwałtownie – im dłużej poeta utrzyma na wodzy uwagę czytelnika, tym bardziej do niego dotrze ze swą twórczością. Co ciekawe tekst w jej przekonaniu ma umożliwić czytającemu zagubienie się w sieci znaczeń, by następnie pomóc mu w odnalezieniu się.

Szemplińska jest niewątpliwą mistrzynią w kreowaniu uniwersalnych, miniaturowych obrazów-scen, które są wspólne każdemu z nas. Na pierwszy plan wysuwają się sytuacje dotyczące relacji międzyludzkich – niemożności przewidzenia, jak zmiana środowiska, w jakim żyje bliska nam osoba, wpływa na jej wnętrze, kłopotliwych sytuacji wynikających z niewłaściwego odczytania intencji Innego wobec nas lub niezgody na próby przejrzenia kogoś na wskroś, poznania pełni jego myśli. Nie bez kozery warto tutaj zaznaczyć, że może mieć to charakter całkowicie pretekstowy do mówienia o sobie jako o kimś w świecie zagubionym, pozostawionym samemu sobie, wrzuconym w tłum, który ma do zaoferowania jednostce tylko samotność, ponieważ bez względu na okoliczności „ja” zawsze samo musi zmierzyć się ze swoimi myślami. Nikt nie jest w stanie mu w tym procesie autokonfrontacji pomóc, ugasić w nim nienasycony ogień, ujarzmić chaos myśli, uspokoić rozżarzony, dymiący mózg i zracjonalizować to, co wymyka się poznaniu.

Apogeum twórczości Szemplińskiej przypada na lata Dwudziestolecia i II wojny światowej, dlatego tak wiele z tych wierszy pragnie na trwałe zaczarować świat, nałożyć na niego cały zestaw bajkowych motywów, które pozwolą się przekonać, że to, co dzieje się dokoła, tak naprawdę jest fikcją i nie ma w istocie miejsca. Inną możliwością jest także to, że wyobraźnia pozwala wskrzeszać światy już nieistniejące i jest jakimś remedium na rozczarowanie Polską powojenną, „inną”, rozbieżną ze wspomnieniami i oczekiwaniami powracających do ojczyzny: Nie zdobywszy nic, prócz goryczy, / prócz zawodu nic nie doznawszy, / odlatuję, po krótkim spoczynku, / bez nadziei, a z żalem. Na zawsze. Podmioty tych wierszy ewidentnie przygotowują się na śmierć, z zapartym tchem zdają się jej wypatrywać, jakby pewne, że nie sposób uniknąć nadchodzącej klęski, jak w wierszu z sierpnia 1939 roku: Co napisałam, / to się nie liczy: bełkot i krew. / Przyszłość nadchodzi, / w skoku się wspina, / cicha – / jak lew. A gdy to następuje, gdy przyszłość utożsamia się z końcem, dla poetki zaczyna się droga, podróż na wozie życia, emigracja do przeróżnych miejsc, którą my, czytelnicy tego tomu, możemy bardzo dokładnie prześledzić, czytając wysyłane przez nią do nas liryczne pocztówki z Kujbyszewa, Moskwy, Warszawy, Paryża, Rzymu, Luksemburga, Casablanki – kolejnych etapów jej tułaczki. A wszystko to w tle zmagań człowieka z demonami przeszłości i samym sobą – kimś, kto co prawda jest żywy, lecz już jakby przekonany o tym, że decyzja o jego śmierci  zapadła i nie ma odwrotu. Najbardziej poruszające jest tutaj myślenie o Warszawie, swego rodzaju locus communis, mieście-symbolu, miejscu wspólnym dla Polaków kierujących tam swoje myśli o przeszłości, która powrócić nie może, choć oni, w swym wnętrzu, zachowali ją niezmienną. Dlatego z zebranych tu wyznań emanuje niesamowicie silna rozpacz, której przyczyną jest wyszydzenie tego wszystkiego, czemu się zaufało, a co okazało się iluzjami niewartymi nawet spojrzenia, jak czytamy w wierszu z 1946 roku: Ciało moje ziemi rzuć na dno, / w ogień na dno rzuć moje serce – / abym nigdy nie wstała więcej, / kiedy wszystko przepadło… Wobec tego wszystkiego nie ma tutaj zgody na rzeczywistość, w której wojna i nieszczęście jest częścią rozrywkowego kiczu. Do ocalenia jest bowiem tylko człowieczeństwo i jego zapamiętane przejawy, a nie konsumpcjonizm i materializm, gdyż uczuć nie sposób uwięzić w przedmiocie.

Elżbieta Szemplińska pokazuje, że każdy z nas zmierza do miejsca, w którym wszyscy się spotkamy. Warto więc (poza tym, co opisane powyżej) przeczytać tę książkę, chociażby po to, by poznać drogę kogoś, kto już tam na nas czeka.

Autor: Przemysław Koniuszy

Elżbieta Szemplińska „Wiersze wybrane”, redaktor serii P. Mitzner, wybór i wstęp: M. Chabiera, Wydawnictwo Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”, Lublin 2015, s. 108

Kursywą zostały wyróżnione cytaty pochodzące z recenzowanej książki.

„Rytm bezkresny wiecznego mijania”, czyli „tęsknota obrazowa” w tomie pełnym uniesień i niesłusznej amnezji

„Antynomia tekstu i sensu”, czyli gdzie optyka reaguje z ontyką, filologia z filozofią a sztuka z życiem. A tak naprawdę to wszyscy i wszystko jest interpretacją. Tylko czy to wszystko istnieje?

Filologia, w czasach, w których czyta się za dużo, jest sztuką uczenia się i nauczania czytania. Tylko filolog czyta powoli i przez pół godziny rozmyśla nad sześcioma linijkami. Nie rezultat, ale nawyk czytania stanowi jego zysk

– Friedrich Nietzsche.

Nie bez powodu można stwierdzić, że Nietzsche jest filozofem, którego – z przymrużeniem oka – można czytać w każdy sposób, jaki nam przyjdzie do głowy i znaleźć wówczas w jego myśli akurat „potrzebne” argumenty na poparcie naszej teorii, czy wymaganą w danej chwili „ilustrację” dla jakiegoś przekonania. Nierzadko autor Jutrzenki ewidentnie sobie zaprzecza, bez ostrzeżenia zmienia zdanie, jego dzieło zaś siłą rzeczy na przestrzeni lat gwałtownie ewoluowało i przybierało formy niewpisujące się przecież w coś spójnego i predestynowanego do unifikującej analizy. Znaczącym utrudnieniem jest także to, że istota tego, co chciał nam przekazać Nietzsche, ukryta jest pod szeregiem metafor, których ostateczne rozwikływanie nierzadko okazuje się karkołomne. Mimo tego wszystkiego Michał Paweł Markowski w umiejętny, wybitny i naturalny sposób przedstawia swoje ustalenia, wychodząc od dokonanego przez Nietzschego zastąpienia w swoim anty-systemie Schopenhauerowskiego przedstawienia koncepcją interpretacji i unikając przy tym jakichkolwiek form niebezpieczeństwa, jakie czyhają na badaczy Nietzscheańskiego uniwersum. Doskonała znajomość dotychczasowych prac, umiejętne i swobodne operowanie kontekstami, które zawsze poszerzają horyzonty myślowe czytelnika i nade wszystko świetna znajomość pism swojego „bohatera”, idealnie połączona z uczciwym traktowaniem tego, co po sobie pozostawił, czynią z tej książki dzieło wybitne. Chociaż różnie każdy czytelnik może podchodzić do tego, jakie akurat pola jego myśli są eksplorowane lub jakie obierane są przy tym perspektywy, to najważniejsze w przypadku Nietzsche. Filozofii interpretacji jest to, że ta publikacja pobudza nasze myślenie o tym, jak poznajemy i pozwala inaczej patrzeć na literaturę. Nietzsche-hermeneuta odczytywany jest przez Markowskiego w sposób koncentryczny. Słusznie funkcjonuje tutaj jako niemożliwy do pominięcia punkt odniesienia współczesnych teorii badań literackich, szczególnie spod znaku poststrukturalizmu. Nie bez znaczenia pozostaje także, że autor Antychrysta jest traktowany zarówno jako symbol, jak i ktoś, kogo myśl, rozrastająca się zresztą na nieskończoną ilość kłączy, uchwycić można tylko w konkretnych sformułowaniach.

Interpretacja, rozumiana tutaj na przykład jako namysł nad tekstami i ich rozjaśnianie, u swoich fundamentów ma przekonanie o tym, że – pomimo czytania całym sobą – nie sposób osiągnąć nieskazitelnej wierności i adekwatności wobec tego, co odczytywane. Nietzsche, uobecniając kres metafizyki i wyczerpanie się jej tradycji, także w optyce Markowskiego ujawnia, że za siłami kryjącymi się za pojęciem tradycji stoją tylko popędy, których głównym celem jest ogarnięcie i zniewolenie przez „ja” tego, co przez niego poznawane. On zaś nigdy nie ujawniał, czym świat „naprawdę” jest, lecz dążył do stwarzania mikronarracji na jego temat, aby za ich pośrednictwem zrozumieć złożoność rzeczywistości i – w późniejszym etapie – wykroczyć poza nią w akcie interpretacji, która w przeciwieństwie do zaciemniających i łudzących faktów „przybliża” do zrozumienia. W tym świetle oczywiste jest, dlaczego Markowski tak wiele atencji poświęca Nietzscheańskiej filologii, która w tej pracy jest nie tyle sztuką czytania tekstów, ile także samego świata jako tekstu. Tym samym, pojawiająca się dzięki temu wykładnia (tekstu jako świata i świata jako tekstu) unaocznia nam, że wszystko istnieje tylko dlatego, że jest poznawane (myślane, komentowane za pomocą języka i przynależnych mu tropów) w perspektywie życia jednostki. Żyjąc, zawłaszczamy rzeczy, przedmioty poznania, przed-stawiając je sobie uzależniamy się od ich temporalnego trwania.

Dla Nietzschego wszystko ciągle się staje, trwa w niezakończonym continuum, ponieważ wszechświat to osobliwe i oparte na referencji perpetuum mobile – stwarzamy coś, co poznajemy, to zaś – przez nasze poznawanie – także nas stwarza. Nie ma czegoś, z czego świat mógłby się wywodzić. Mimo wysunięcia na pierwszy plan podmiotu autor Wiedzy radosnej wciąż w cząstce widzi egzemplifikację całości i dlatego też, deszyfrując świat, deabsolutyzuje podmiot, pozbawia go substancjalnego charakteru i władzy. To ostatnie uzasadnione jest dlatego, że ciało nie jest językową hipostazą, lecz metaforą interpretacji, bo zbierając w sobie jej zasadnicze cechy, eksponuje przy okazji, że człowiek bez ciała istnieje, co sprawia, że niemal cała filozofia Nietzschego poświęcona jest właśnie zadziwianiu umysłu przez ciało, jako fenomenu pozwalającego wprawiać w ruch mechanizm będący przedmiotem tej książki. Efektem tego jest to, że możemy tylko rewidować dawne przeświadczenia i spekulować – nic nie jest bowiem takie, za jakie się podaje, rozumienie zaś nie jest w żaden sposób połączone z objaśnianiem, możliwością eksplikacji. Przedstawienia nie mają istotowego charakteru, są zawsze uproszczeniem i sprowadzeniem do naszej miary, co przy odrzuceniu transcendentalizmu jest tym bardziej a priori przyjmowane, jeżeli nie mamy żadnych przesłanek ku temu, aby sądzić, że coś poza nimi jest. Drugą stroną tego medalu jest to, że podmiot, o ile istnieje, może być też czymś wtórnym względem swych wrażeń. Każda z eksplorowanych przez nauki humanistyczne koncepcji „ja” stanowi przecież swoisty wytwór osobliwej konwencji, a więc efekt gramatycznej konieczności i kategorię fundującą wiele systemów, ideologii. Nietzsche pokazuje zaś, że (anty)podmiot jest niejednorodny – w jednym „ja” kryje się wiele nieautonomicznych indywiduów.

Widzimy, że Nietzsche. Filozofia interpretacji nie jest pozbawiona „wycieczek” w rejony nie zawsze w pełni zbieżne z myślą Nietzschego, aby – mówiąc o przeróżnych filozoficznych sporach – pokazać ją w przeróżnych odmianach i konstelacjach. W tym kontekście Markowski powołuje się na przykład na interpretacje Kartezjańskiego Cogito ergo sum lub na kolejne teorie prawdy, w szczególności zwracając uwagę czytelnika na tę wypracowaną przez Arystotelesa. Antykartezjanizm autora Wiedzy radosnej pozwala nam sobie uświadomić, że percypujące rzeczywistość „ja” nierzadko zasłania sobie prawdę kolejnymi wyobrażeniami na temat jej natury. Wydawałoby się, że jest to jedna z odsłon jego kultu subiektywizmu, jednakże w sukurs temu przychodzi, jak zwykle w tej publikacji, interpretacja – rozumiana tym razem jako mechanizm i sztuka. Samopoznanie jest kluczem do poznania świata, choć nie pozbawione jest to dozy paradoksu, gdyż oba te warianty nie są w gruncie rzeczy, według Nietzschego, tak naprawdę możliwe – za każdym razem natrafia się na nieprzekraczalny dystans, którego niekoniecznie warto być świadomym. Co ciekawe w jego przekonaniu rozumieć można także wtedy, gdy w danym myśleniu lub wnioskowaniu znajdują się wypaczenia, gdyż użyteczna dla życia fikcja jest akceptowana, a błędu nie można uniknąć. Innym odbiciem tego jest opisywana tutaj na wiele sposobów niekonkluzywność interpretacji, jako sfery presupozycji i przedsądów, bycia-pod-nieobecność-Logosu. Interpretując, podejrzliwie i niebezinteresownie, automatycznie swoje odczytanie przedkładamy nad inne i nigdy – mimo tej konkurencyjności, nawarstwiania się, czy stopnia rzetelności – nie możemy liczyć na pełne zbadanie czegokolwiek.

Nietzsche Markowskiego, łącząc w sobie cechy modernisty i postmodernisty, jawi się nam jako filozof, który poszukuje i nie stroni od zmian – w jego dziełach pełno jest intelektualnych ewolucji i rewolucji, co oczywiście odciska swoje piętno na postulowanym tutaj interpretacjonizmie. Dlatego obserwujemy autora Niewczesnych rozważań przez pryzmat podróży, podczas której wielokrotnie zdarza mu się natrafić na dogmaty i kompulsywnie zmienić kierunek swojego myślenia aż do czasu, gdy przechodzi od episteme do phronesis, wiedzy pewnej, normatywnej do mądrości praktycznej, można rzec: interpretacyjnej, relatywnej i pełnej autentyzmu. Filozofia interpretacji pokazuje więc, że praktykowanie czegokolwiek implikuje stwarzanie temu teoretycznych podstaw, swego rodzaju racji bytu, co przy świadomości syntetyzującej roli pojęć, nominalistycznego zawężania świata do nazw i odseparowania bytu (faktu) od zjawiska, tekstu od komentarza wprost prowadzi Markowskiego do debiutu Nietzschego – Narodzin tragedii. Nietzscheański spór o antyk, jako miejsca mogącego przynieść współczesnym oświecenie, prowadzi tę książkę do namysłu nad literaturą i filologią w ogóle, której przeznaczeniem jest współpraca z filozofią. Ta trajektoria myślenia skutkuje pojawieniem się modelu (nad)człowieka ustanawiającego siebie na kanwie tego, co pozostawiły mu wieki przeszłe. Okazuje się, że postawienie się ponad nimi pozwala dostrzec więcej współzależności pomiędzy teraz a wcześniej, a za ich pośrednictwem szeregu uwikłań, determinacji i transpozycji sensu pomiędzy tradycją a tym, co w danej chwili najbardziej porusza jako najbardziej nowe i nieskazitelnie oryginalne. Przeznaczeniem podmiotu jest zdaniem Nietzschego wydobywanie sensu z kontekstu, aktualizowanie go i w konsekwencji – dostrzeganie jego archetypów. W tym ma swe korzenie jego postulat poszukiwania duchowych aspektów doświadczenia egzystencjalnego w antyku i podejmowania prób rozumienia Greków dopiero wtedy, gdy pozna się najpierw swoją epokę. Przeszłość trzeba bowiem rewizjonistycznie i drobiazgowo zagospodarowywać, demitologizować, pozbywać ją aury idealnej, ale zawsze z pełną uczciwości i szacunku rezerwą. Nie jest to przecież niczym innym jak interpretacją, która jest życiem, waloryzowaniem i smakowaniem. Interpretujemy, bo żyjemy, a życie jest interpretacją, włączaniem się w niepowstrzymany żywioł tworzenia, pełnym zaangażowania byciem blisko dzieła, jakim jest wszechświat w swym poszczególnym przejawie. W tym miejscu docieramy do sztuki, jako bodźca do życia i bezpośredniego następstwa kultywowania mitów, która dzięki swej proweniencji dokonuje deprecjacji moralnej wykładni świata. Sztuka, jako bezgraniczne wsiąknięcie w świat lub równie konsekwentne odwrócenie się od niego, ma uzasadnienie w Nietzscheańskim antysystemie tylko wtedy, gdy jest odpowiednio spożytkowana – na przykład poprzez sprzeciwianie się pesymizmowi i negatywizmowi. Te wątki Nietzschego. Filozofii interpretacji pokazują, że nie potrafimy patrzeć panoramicznie – ciągle jesteśmy uwięzieni w perspektywie. Oplątujemy się siecią, z której okowów nie możemy się w pewnym momencie wyswobodzić: naoczność i czyste spojrzenie są niemożliwe. Nie może to jednak rodzić pesymizmu, gdyż podmiot, jako „miara wszystkich rzeczy” na własną rękę „kamufluje” świat, ponieważ jego prawdziwy (niezafałszowany) obraz mógłby wywołać w nim niemożliwe do zniesienia katusze.

Jak widzimy, to właśnie perspektywizm Markowski uczynił głównym wątkiem swej książki. W jego przekonaniu jest on ewidentną reakcją na nihilizm. Człowiek, usensowniając świat, „winterpretowywując” w niego sens, a być może także projektując go, w istocie daje świadectwo braku neutralności poznawczej. Poznając naprostowujemy nieregularności, zaczynamy traktować to, co utajone za konieczne do uzewnętrznienia, a przecież realność jest ufundowana na pozorach i ich opozycyjności do „prawdziwości”. Bez zrozumienia tego nigdy nie zobaczymy naprawdę – cały świat pozostanie dla nas nieprzejrzystym splotem quasi-prawdy i symboli, nieadekwatnym do naszych wyobrażeń konstruktem i zamiast autotelicznie odsyłać do samego siebie tak naprawdę pozostawi nas samymi sobie, ponieważ każdy sąd najwięcej mówi o tym, kto go artykułuje. Nietzsche, jako hermeneuta podejrzeń i antyesencjalista lubuje się w powierzchni – wykracza poza tradycyjne (metafizyczne) opozycje, ponieważ Zewnętrze jest tylko odwrotną stroną wnętrza. Dla niego głębia to fantazmat, gdyż „widma” emanują na powierzchnię, sama mowa znaków wiele sugeruje, „zdradza” zawartość lub to, co ukryte za „maską”, a więc coś, co ukonstytuowało kulturę Zachodu. Owe coś, „wypływające” na powierzchnię z nieuświadomionych i być może nieistniejących głębin, nie może przynieść pragmatycznych korzyści, mimo klarownego sproblematyzowania. Niemożliwością jest bowiem, nie tylko w ramach filozofii interpretacji, spełnienie pragnień o ucieczce z wariabilistycznych wizji trwania w okowach dziejowości. Ma to swoją praprzyczynę w Nietzscheańskim sprzeciwie wobec cywilizacji, która ślepo podąża za jedynym (nieistniejącym) sensem, obejmującym wszystkie inne możliwe. Epifaniczna rzeczywistość autora Ecce Homo jest w optyce Markowskiego aktem świadomości, dlatego każda interpretacja jest szczątkowa – posługuje się prywatnym (przynależącym tylko sobie) językiem i przede wszystkim stanowi remedium na degrengoladę – upadek rudymentów i dominację złudnych pryncypiów rodem ze świata wydziedziczonego. U Nietzschego-antyprowidencjalisty absolutny gwarant sensu (Bóg) umarł, a więc człowiek, przeczuwający w sobie imperatyw przekroczenia siebie, musi go nadpisać interpretacją – incydentalną, tymczasową, niemożliwą do zamknięcia, odrzucającą mimesis na rzecz creatio i współmierną do innych odczytań. Tak filozof pokazuje, że interpretacja wzorcowa pragnie kierowania w swoją stronę krytyki, wie o swojej niepewności, odsyła do dalszych interpretacji i uwzględnia je w sobie, w pewien sposób porządkuje. Dlatego poza nią króluje chaos.

Tego rodzaju tezy doprowadzają Markowskiego do zakończenia najbardziej zaskakującego z perspektywy czytelnika. Nietzsche. Filozofia interpretacji to także dowód na to, że książki naukowe i filozoficzne mogą być niezwykle umiejętnie napisane, pozytywnie zretoryzowane i dzięki temu bez przeszkód porywać umysł czytelnika, dostarczać intensywnej przyjemności każdemu zainteresowanemu. Na koniec bowiem autor proponuje swoją wizję Nietzscheańskiej filozofii eksperymentalnej (wypróbowującej): afirmatywnej, podejrzliwej, rewelatorskiej, poszukującej nowego mimo tradycji, aprobatywnie zwracającej się ku wieloznaczności, antynomiom, powiązaniom na płaszczyźnie epistemologicznej pomiędzy przedmiotem a podmiotem (kusicielem i łowcą przygód zarazem). A to wszystko po to, aby tę myśl przefiltrować przez metaforę spirali (wizualizującej przekraczanie i zachowywanie, ewoluowanie i utrzymywanie w stanie constans filozofii interpretacji) i wydobyć Nietzschego z jednorodnych dyskursów, pełnych uprzedzeń. Najwięcej dzieje się w tej książce na poziomie subtelności, to one najbardziej elektryzują i przyciągają uwagę. Formułując w ten sposób zachętę do sięgnięcia po tę książkę, chciałbym ostrzec tych, którzy chcieliby upatrywać w niej totalnej monografii, interpretacji filozofii Nietzschego i zawiedliby się, że wiele z obecnych w jego książkach wielkich metafor nie jest tutaj z laboratoryjną precyzją rozkładanych na części pierwsze. Szkopuł tkwi bowiem w tym, że nie sposób zaproponować jednolitej wykładni czegokolwiek a tym bardziej tak skomplikowanej filozofii, co nie zmienia faktu, że – przy różnych okazjach powiązanych z wątkiem nadrzędnym, tematem interpretacji – natrafimy na prototypowe tezy, zgodnie z którymi wola mocy to niepowstrzymany żywioł wieczystego różnicowania, a najbardziej chyba „eksploatowana” genealogia to dyskurs odpowiadający za Nietzscheańskie namnożenie mitów w zamian za te wcześniej zdestruowane, dążenie do źródeł w poszukiwaniu istotowości i nawet – krytyczne spojrzenie na tekst kultury. Godny podziwu trud Markowskiego nie ma nas bowiem uwolnić od przyjemności obcowania z samym Nietzschem, lecz wprost przeciwnie – od razu do niego odesłać. A to wszystko dlatego, że interpretacja jest modusem istnienia świata, który musi być praktykowany mimo świadomości przedsądów, wielowykładalności i oparciu życia na jednoczeniu rozmijających się perspektyw. Interpretacja to kondycja człowieka, jego postawa i nastawienie do świata, czego bezpośrednim rezultatem jest jedyna możliwa pewność: nie ma prawdy, są tylko interpretacje.

Autor: Przemysław Koniuszy

Michał Paweł Markowski „Nietzsche. Filozofia interpretacji”, wydawnictwo Universitas, Kraków 2001 (wyd. II), s. 460

Kursywą zostały wyróżnione cytaty pochodzące z recenzowanej książki.

„Antynomia tekstu i sensu”, czyli gdzie optyka reaguje z ontyką, filologia z filozofią a sztuka z życiem. A tak naprawdę to wszyscy i wszystko jest interpretacją. Tylko czy to wszystko istnieje?