Maria Bigoszewska w Złodziejskiej kieszeni odnajduje liryczne potencjały stanów niepewności. Wszystko, co istnieje i dzieje się w jej poetyckim świecie ma miejsce wyłącznie dlatego, że awers każdego aspektu jest wspierany przez rewers – drugą, przeciwstawną stronę, która uniemożliwia ostateczne zanegowanie bytu i stanowi poręczenie dla poetyckiego głosu. Zawsze jest jakiś wariant góry i dołu, treści wewnętrznej i ramy, fundamentu i wzniesionej na nim konstrukcji. W rezultacie nicość, ewidentnie obecna w wierszach ze Złodziejskiej kieszeni, nie drenuje realności, nie odwraca jej na drugą stronę, ale pokazuje jej, czym mogłaby się stać, gdyby zboczyła ze ścieżki łączącej jakości pozytywne i negatywne w relacji symbiotycznej. Życie w tej poezji jest zaklęte w pestce, która zapada się w sobie, jest wklęsła, pożąda wypełnienia energią życiową i przebudzenia w stanie samonasycenia, gdy możliwe jest wykarmie sobą nowego, kiełkującego istnienia. Często i owej pestki nie ma – po życiu minionym pozostaje pustka, z której nic nowego nie może się narodzić, wówczas autonomiczna przestrzeń żyje niezależnie, własnym życiem, i pozostawia ludzi samym sobie: „Nic po nich nie zostało, nawet / pestka. Świat nie wykarmił / i nie zatrzymał się, nieznośnie żywy. / A potem inni ludzie, inny wiatr, / przebudzenia” [17]. Równocześnie pojawia się wątpliwość: Czy świat, pełen życiotwórczych nasion, nas zna, przyznaje się do nas i czy potrafi przezwyciężyć nasz wewnętrzny opór? Czy akceptuje naszą w nim obecność? Kwestia ta pojawia się w Złodziejskiej kieszeni, gdyż liryczne „ja” oczekuje tu na ostateczne przejście, transfer poza fizyczność, gdy jego „życie – kalekie, puste – upływa” [18] i jest zarówno bezradne wobec samego siebie, jak uległe i pożądliwe wobec współczesności opanowanej przez negatywizm. W takich okolicznościach „ja” Bigoszewskiej, „kochanka mowy / szalonej” [21], w punkcie zwarcia z rzeczywistością i wobec kumulacji zdarzeń w teraźniejszości wypracowuje oryginalną filozofię poetyckiego słowa, które wyróżnia się szeregiem ciekawych cech – jest rozspojone, rozwarstwione, nabrzmiałe, olśniewające i wciąż przełamywane: „Słowa, które przełamują brzegi / i przybywają, lśniąc jak mokry marmur. / Jesteś w tym wieku, że zaczynasz zbierać / okruszyny zdarzeń” [19]. Dzięki temu poezja Bigoszewskiej doskonale reaguje na świat naznaczony przez ból (rozumiany tu jako „opowieść / w skaleczonym języku mewy, nieprawej siostry dnia” [19]) i ciągłą katalizę znaczeń – w tym nieustanne przyspieszanie reakcji wewnątrzwierszowych oraz tworzenie wybuchowych związków semantycznych.
Specyfiką Złodziejskiej kieszeni jest to, że w gruncie rzeczy brak tu sposobności rozładowania energii drzemiącej w poetyckich substratach sensu, w kompleksach figur, których odbiciem, cieniem i echem jest „ja”. Persona Bigoszewskiej chce znaleźć się po drugiej stronie lustra, w topografii innej niż zwyczajowa, w nieskończonym ciągu przemieszczeń ontologicznych, przestrzennych i mentalnych, które nie tylko się zwielokrotniają, ale również przez swoją intensywność i samolubność drastycznie ograniczają dynamikę świata. Przestrzeń w tych wierszach nie jawi się jako dana sama w sobie – nie ukazuje się ani taka, jaka jest faktycznie, ani nie daje się prześwietlić przez wyobraźnię. Można widzieć ją tylko przez pryzmat fenomenów otwierających się przed nami w sposób nierozważny, niejako ekstrawagancki, odsłaniających w ten sposób miękkie podbrzusze dookolności. „Ja” wykorzystuje tę sytuację, by rzeczywistość swojego istnienia ujrzeć jako nieskalaną projekcją, iluzją czy interpretacją.
Nadto poezję Bigoszewskiej organizuje logika wyjścia ze stanu otumanienia. Owe oprzytomnienie, ocknięcie się ze snu i fantazji, które inicjuje przestrzeń wciąż oszukująca człowieka swoimi przedstawieniami, polega na zobaczeniu otoczenia poza fikcją i emocjonalnymi dopowiedzeniami. „Ja” bowiem uważa, że najgorsze są te prośby, modlitwy, oczekiwania i marzenia, które spełniają się, naprawdę zmieniając fenomeny konstytutywne dla faktyczności i kalibrując świat do potrzeb człowieka, sprawiając, że nic nie jest takie, jakie było uprzednio, przedsłownie – przed ujęciem w języku. Bigoszewską fascynują oznaki nieobecności, wszelkie ślady i okruchy. Jej „ja” chce je słyszeć i obserwować, jakby były przeźroczyste, bezpośrednio dostępne i przejawiały się – mimo swojej resztkowej natury – w pełnym świetle, silnym głosem. Jej wiersze wydają się możliwe tylko w prześwicie, w swego rodzaju utopii jedności, to znaczy dzięki poetyckiemu zniesieniu pęknięcia między dniem a nocą, podmiotem a światem, mową a ciszą. Kluczowy jest tu motyw naturalnego, cichego trwania, w którym emocja nie eksploduje, lecz krystalizuje się, gromadzi się jak osad w wierszach, co sprawia, że wszelka pokusa idealizacji jest w Złodziejskiej kieszeni zduszona w zarodku:
„Kocham cię szeptem, cieniu.
Chciałabym jasnosłyszeć, żeby świat
się otworzył i śpiewał słodko szczelinami
nocy, znów jednym głosem. Choć tak naprawdę
on składa się z milczenia i słów
nierozważnych. I jest wszystkim,
co znam, kiedy litość osadza się w gałęziach głogu,
a twoje ludzkie wargi śpią” [20].
„Ja” Bigoszewskiej wykorzystuje swoje wyznania do autodiagnozy – mówiąc, stając ze sobą twarzą w twarz w lustrze tekstu, praktykuje samoemancypację. Postawa ta wyrasta z wyjątkowego przeczucia, że nigdy nie osiągnie oczekiwanego stanu, auto-wykluczenia się ze status quo, dlatego jedyne, co mu pozostaje, to pożądać zniknięcia w samym sobie, w autoanihilacji, i uciec od bezcelowości swojego bycia, z narzuconego szlaku egzystencji, który do niczego nie prowadzi. Wybawienie w Złodziejskiej kieszeni przybywa z oddali, jednak uleczenie duszy jest bezsłowne, bywa też, że przypomina fatamorganę. Świat roztaczający się dookoła „ja” żyje swoim życiem, jest zobojętniały i zsyła proroctwa, których nie można w pełni zdekodować – mogą one zapowiadać zarówno wyzwolenie, jak i przedłużenie zniewolenia. Paradoks w tej sytuacji polega na tym, że ten, od kogo „ja” Bigoszewskiej spodziewa się ratunku, sam potrzebuje pomocy i to nie doraźnej, ale permanentnej. „Ja” doświadcza niemożności zrozumienia bliźnich oraz – co gorsza – wykorzystywanych narzędzi i formułowanych wypowiedzi, które w innych okolicznościach mogłyby rozkuć kajdany – te zaś nie pozwalają na przemieszczenie i transgresję, wywołują alienację, przez co wymuszone osamotnienie i zniewolenie okazują się paradoksalnym źródłem ulgi. „Ja” w Złodziejskiej kieszeni jest „Zawsze na swoim miejscu” [48], czyli na marginesie, w nieokreśloności i braku pewności co do samego siebie, stąd rodzi się przekonanie, że w przeszłości podjęło złe decyzje, bo „Wystarczyło rozpędzić się i sru! / zniknąć w oddali. Czy zmarnowałam życie? / Pewnie tak. Biegniesz, masz nowe buty / i nie przeszkadza ci lód pod stopami” [48]. Do wszystkich tych myśli dochodzi po tym, gdy „ja” Bigoszewskiej zadaje pytanie, czy można powrócić do stanu pierwotnego i oczekiwać wciąż na „później”, to znaczy w istocie wypatrywać momentu, który nigdy nie nastąpi. Zawiera się w tym krytyka porządku naturalnego, a tym samym rytmu i powtarzalności istnienia w świecie: „Och, zaćmić cholerny księżyc, / żeby nigdy nie wstawał i zatłuc ziemię. / Tak, tę błogosławioną, która nie jest miłością / i nie urodzić się znowu, cokolwiek by się nie działo” [49]. Stanowi to element interesującego poetkę problemu, a mianowicie tego, że człowiek współczesny jest otoczony przez liczne, uparcie powracające i sabotujące teraźniejszość mechanizmy opresji.
W toku pracy poetyckiej Bigoszewska dąży do unieważnienia narracji o harmonii świata, zatrzymać na zawsze cykl życia, ukazać jakości, którym fałszywie przypisujemy głębsze znaczenie egzystencjalne, a także wykształcić odruchy obronne wobec istnienia chcącego unicestwić liryczne „ja”. Poetycki świat w Złodziejskiej kieszeni domaga się kochania, choć sam nie daje miłości. Tymczasem żyjący w nim człowiek chciałby odciąć się od wszelkich narracji o potencjalnym sensie, restytucji i zbawieniu. Wobec tego można sformułować przypuszczenie, że stawką tego tomu jest przerwanie gry życia i anulowanie egzystencjalnego wyroku, czyli przymusu kontynuowania istnienia mimo wszystko. Bigoszewską – na różny sposób zgłębiającą w wierszach możliwość wyswobodzenia się spod wpływu imperatywu istnienia – fascynuje ogołacanie człowieka przez świat z resztek godności i kpienie z jego rzekomo wolnej woli po to, by uruchomił w sobie pragnienie samodestrukcji. Życie wedle poetki nie jest dzielone lub przekazywane dalej bezinteresownie, ale jest wypożyczane i udzielane innym pod zastaw, a następnie spłacane przez „obdarowanego”. Człowieczy egocentryzm w Złodziejskiej kieszeni, jedno ze źródeł wierszy Bigoszewskiej, to szczególna forma samopoznania, polegająca na wpatrywaniu się w siebie. Służy ona temu, by odnaleźć w swoim wnętrzu alternatywne historie swojego „ja”, a także zrozumieć, że żadna strona podmiotu nie jest samowystarczalna oraz zapomnieć o swoim dominującym ego, to znaczy utracić z nim bezpośredni kontakt i stopniowo wyłonić z siebie, z własnych zasobów wewnętrznych, kompleks jaźni – czyli doraźną całość bytu swojego pokawałkowanego, neutralizowanego „ja”.
W Złodziejskiej kieszeni, tomie przedstawiającym różne postaci doświadczenia derealizacji, wciąż dokonuje się przejście z niewiadomego w niewiadome („Nie do przełknięcia czas, również dom / niewidomy, z niewiadomego wzięty” [45]), a to, co gasi tutaj pragnienie i wszelką żądzę, równocześnie je na nowo roznieca, stąd „ja” lirycznemu, usytuowanemu w mało atrakcyjnej pozycji, pozostaje traktowanie świata z podejrzliwością i w sposób powściągliwy separowanie się od toksycznego wpływu zewnętrzności: „Znów słyszę coś, czego nie ma. / Ktokolwiek mówi do mnie z ciemności – nie, / nie rozumiem” [50]. Operując poetyką przeobrażeń, redukcji i regresu, Bigoszewska wykazuje, że zachowanie integralności siebie jest takim samym złudzeniem, jak bycie sobą i bycie w sobie. Starania o przetrwanie są ironicznym wybiegnięciem naprzód, wyprzedzeniem działań świata. Człowiek w tych wierszach, uwięziony w faktyczności wydającej się widmem, wciąż ulega przekształceniom, umniejsza siebie i powraca do niewydarzonego, marząc o tym, co nigdy nie mogło się ziścić. „Ja” chce „Wybrać pewność, że nic oznacza nic” [41] i zawiesza swoją samoświadomość, wydarzając się przy tym poza momentem ujawnienia się znaczenia, w chwili przedrefleksyjnej, jeszcze przed doświadczeniem, przed próbą zrozumienia dotąd nierozpoznanej grozy rzeczywistości: „Patrzę. Jestem szczęśliwa, / niewiedza oplata mnie jak kokon. / Nie rozpoznaję, nie czuję, nie widzę / znaków. Wszystko / rozegra się później” [43]. Wiersz, jak ów kokon, ma izolować i amortyzować. Obecny w nim podmiot, który pragnie poznawać, czuć i widzieć, dopiero po czasie chce wejść w sens, w cierpienie jako konsekwencję istnienia. „Ja” funkcjonuje więc między urzeczywistnionym tragizmem, czułością i świętym spokojem, praktykując intymny dekadentyzm i oddając się umownej inności: „Jestem bezpieczna. Jestem naga i twoja. / Nie mogę się na to zgodzić. // Od kiedy wszystko stało się możliwe, / wystarczam sama sobie” [44]. Wie, że jest kimś żyjącym po innych, a „Pokarm / bierze się z krwi” [37] – nie może być sobą, skoro trwa w długim łańcuchu genetycznego pokrewieństwa i kulturowego zapośredniczenia.
„Ja” Bigoszewskiej – zalęknione i lokujące się poza tym, co rzeczywiste – zgłębia, czym jest poetycka auto(psycho)analiza, endoskopia nieświadomości:
„W każdym razie ja nie jestem gotowa,
żeby znosić te ciągłe prześwietlenia
i endoskopie, własną krew w pojemnikach.
Zjedzże mnie, świecie. I nie graj ze mną
w łapki, żeby przechytrzyć śmierć” [36].
Równocześnie stwierdza, że rzeczywistość jest taka, jak każdy widzi, mimo straceńczych prób ludzkości wciąż pozostaje tym, czym jest: „Mogę nie patrzeć, / ale to nic nie zmieni. Chmury / pozostaną chmurami, a życie życiem” [36]. Tymczasem tylko świat życia jako taki może o sobie powiedzieć, że „nie podda się bez walki” [36] – przemoc jest przecież jego konstytutywną dominantą. Na skutek tego „ja” Bigoszewskiej zdaje się zmieniać swoją ontologię w każdym wierszu, nie będąc ani w sobie, ani w relacji z innym, i nie potrafiąc odnaleźć swojego prawdziwego „ja”. Względem samotności, upływu czasu, zmian otoczenia i płynności natury pokawałkowane i rozproszone „ja” reprezentuje się wyłącznie przez swój cień i wpływ, jaki wywiera na życie swoich najbliższych. To, co pozostaje po „ja”, jest autonomiczną figurą pragnienia i sugeruje brak orientacji w czasoprzestrzeni, utknięcie wśród upadłych bytów. Przemilczenie tego, co dzieje się w świecie, staje się zaś najbardziej wartościowym aktem sprawczym – to zaniedbanie wysuwa na pierwszy plan i wydobywa z cienia wszelkie upadłe, marginalizowane byty, dając niemal pełen ogląd świata:
„Mój cień lubi kołysać się na wydmach
z wilgotną gwiazdą w ustach. Szuka
stworzeń upadłych i czasem zaplątujesz się między nie,
żeglarzu. Dawno temu zagubiłam cię i przemilczałam. Teraz
wypatruję twoich śladów wszędzie,
nawet na dnie oceanu. Jednak nie ma tu nic, żadnego
życia po życiu. Linię losu przenika rdza” [39].
Wydaje się, jakby wszystkie wiersze ze Złodziejskiej kieszeni powstały dzięki roztkliwieniu, jakie wywołuje tak ukształtowana egzystencja, w której żadna forma tożsamości nie jest samoidentycznością, a złudne poczucie spotkania z samym sobą jest bezproduktywnym załataniem wewnętrznej dziury, jaką drąży w nas łapczywe życie: „Kryję się w środku, bo zdarłam z siebie skórę. / Bardziej naga niż kamień? Owszem, / to jest możliwe. Trzeba tylko wywrócić się na nice, / a dalej to już drobiazg” [42]. Wiedzieć o sobie cokolwiek na pewno, odnaleźć w języku fundament dla swojego ego, zasadniczą ramę bycia i punkty odniesienia dla myślenia, to tak naprawdę wywrócenie siebie na opak i dokonanie sztucznej reprezentacji swojego „ja”, które swoje autentyczne oblicze może zobaczyć tylko w rozbiciu, degradacji i zniweczeniu, w świadomości potrzeby urzeczywistnienia własnego końca („Nie żądałam pomocy, rodząc się. / Proszę o nią, by umrzeć” [44]) i spoglądaniu w głąb tego, co „moje”, nieobce („Nadbiegasz swoim ciałem, gdy moje / objawia się i rozpada / w niedokończonych szeptach, szelestach” [46]). Podmiot rejestruje intensywność świata, podczas gdy adresat jego wyznań jest już na etapie zobojętnienia, wycofania i szczątkowego przeżywania afektu. Za to w przypadku bliźniego wszystko wygląda tak, jakby życie przestało go angażować:
„Tutaj dużo się dzieje,
jednak przypuszczam, że to ci obojętne.
Gubisz się w nazwach, kawałek
po kawałku, chwila po chwili.
Nie, żeby tak zupełnie w sekrecie,
niemniej ubywasz. Giniesz” [30].
„Ja” w Złodziejskiej kieszeni za swój pancerz obiera sny – tylko one potrafią oplątać świadomość, przysłonić jej opresyjne treści. W ich ramach można poprowadzić oniryczną rzeczywistość za rękę, wpisać ją w koleiny własnego życia i spróbować zbadać, czy rzeczy dzieją się same, czy są inicjowane z zewnątrz podmiotu. Sen i dominująca w nim czerń są szansą na zobaczenie siebie innego, gdy to, co absolutne i metafizyczne, rozpływa się, rozdmuchuje się po świecie i ujawnia tendencję do ofiarności – to jest powierzenia siebie człowiekowi. Bigoszewska konsekwentnie obraca role, zadając pytania: Czy Absolut wierzy w człowieka? Czy zechce powierzyć siebie ludzkości raz jeszcze? Dlaczego Bóg coraz częściej wątpi w sensowność człowieczeństwa? Absolut w Złodziejskiej kieszeni jest we wszystkim, z czego powstaje życie; jest ukryty w powietrzu i wodzie, przepływa przez świat, ale równocześnie – nieocalony – pozwala się zatrzymać: „Bóg jest jak woda. Jak powietrze. / Jak ogień, który bierze i nigdy nie oddaje. // Bóg jest jak kamień. Wzięty do ust / staje się częścią mnie. Nie umiem rzucić go / i nie umiem ocalić” [25]. Na tym poziomie „ja” Bigoszewskiej odkrywa, że jesteśmy bytami wyrastającymi z przeciwieństw, z istnienia na granicy między porządkami i tym samym jawimy się jako upadli w swoim anachronizmie, w stałym byciu w niedoczasie, poza teraźniejszością jako jedyną właściwą dla nas perspektywą czasową. Z własnej woli jesteśmy niczym bez nieokreśloności stanowiącej dla nas niedocieczony horyzont – trwamy, bo jakości, które mogłyby nas zniweczyć, co rusz, w ostatniej chwili, powstrzymują się przed zadaniem nam ostatecznego ciosu. W Złodziejskiej kieszeni to, co kochane i absolutne, staje się coraz bardziej obce, każde schronienie przekształca się w więzienie, pamięć anihiluje przeszłość, a wyznanie wiary przypomina bluźnierstwo, dlatego „ja” potrzebuje pomocy z zewnątrz, by należycie ocenić swój stan emocjonalny i wytyczyć granice między obiektami doświadczenia. Własne istnienie, choć sprawdzalne empirycznie, nie zawsze pozostaje faktem niepodważalnym po opatrzeniu etykietą tymczasowości. Bigoszewską interesuje życie, któremu nie było dane rozkwitnąć – życie głuche, tajemnicze i osobne:
„Módl się cicho do życia,
które odeszło. Zmierzasz teraz donikąd,
gdzieś poza własną ziemię. Nie z twojej woli,
bo niewiele już znaczysz, a twoje dawne wszystko
nie jest wszystkim, choć trwa” [24].
W Złodziejskiej kieszeni Bigoszewska praktykuje poetykę „nadbiegania” [46] – spotykania się rzeczy, ciał i emocji w gwałtownych spiętrzeniach, gdy są blisko i bez przeszkód mutują, zamykając „ja” w wyobraźni i uczuciach, w myśleniu o życiu poza ciałem („Zdjąć je jak rękawiczkę, / niedbale i nie myśląc o niczym / stałym, bo nie ma nic stałego, / prócz życia – póki jest. Coś porównać, / coś znaleźć” [32]) i fantazjowaniu o byciu z ukochanym Innym („Pomóż mi zostać, spróbuję jeszcze raz / znaleźć przestrzeń, zapomnieć, wrócić / z tobą. Bez żalu. Bez znaczenia” [34]). Wiersze Bigoszewskiej są jak ciała, wchłaniają namnażający się świat, spożywają same siebie i nie pozwalają ustać wewnętrznemu głodowi. Otwarte są na wiele form nie-istnienia – działają pośród chmur, bezkręgowców, tego, co cudze i własne, w granicach myśli i poza nimi, w wymiarze substancjalnym:
„Oddychają przez ściany. Moje myśli,
które zawsze są cudze. To się zdarza, zostaje
zapisane, ale szybko topnieje gdzieś
na kartce mrozu. Widziałeś jego serce?
Kiedy idę po linie, tylko ono
mnie zna” [16].
Sensy somatyczno-poetyckich medytacji Bigoszewskiej nie rozwijają się linearnie ani narracyjnie, lecz przez serię napięć, na przykład między bólem a mową, ciałem a czasem, bezsilnością a resztkową nadzieją. Ekspresja jest unieważniona jako gest nieskuteczny wobec rzeczy bolesnych, które są rozumiane jako fakty nieodwracalne, niemożliwe do przepracowania i wpisane w byt ciała, to jest usytuowane poza racjonalnym dyskursem. Wiersze te pełne są figur utraconej bliskości – Bigoszewską ciekawi doświadczenie fuzji cielesnej, zjednoczenie „ja” z bytami, z którymi utraciło ono trwałe połączenie.
Język poetycki w Złodziejskiej kieszeni kapituluje wobec faktu straty i gwałtowności przejść między modalnościami. Swoje przeznaczenie słowo wiersza odnajduje w poszukiwaniu minimum życia i szans na chwilowe, słowne zawieszenie rozpadu. Nadto kluczowe jest tu naruszanie granic ciała „ja” przez inne byty – ów podmiot negocjuje z nimi możliwość dalszego istnienia:
„Żadne łzy nie ukoją rzeczy bolesnych. Szeptem
krwi utajonej powraca do mnie ciało, które stało się kiedyś
w moim. Odeszło. Pozwól mi wszystko cofnąć,
ptaku nadziei. Biorę w siebie twój oddech,
pomóż mi, jeśli trwam” [33].
Siła wierszy Bigoszewskiej wynika ze zderzenia ważnych zjawisk poetyckich, to jest rozpadu podmiotowości i erozji wszystkiego, co człowiecze (szczególnie na poziomie języka) z banalnością i warunkowością codziennych czynności:
„Gubisz się w nazwach, kawałek
po kawałku, chwila po chwili.
Nie, żeby tak zupełnie w sekrecie,
niemniej ubywasz. Giniesz.
Podlewam kwiaty. Nie wiem,
kto będzie płakał nade mną” [30].
Kradzież bądź śmierć języka – jako utrata możliwości samookreślenia – sprawia, że podmiot Bigoszewskiej przestaje być spójny, ponieważ nie jest już nazywalny. Co więcej, imiona i nazwy w Złodziejskiej kieszeni – to jest wszystko, co stanowi przejście od rzeczy do słowa – nie porządkują już świata ani samych siebie, lecz stają się przestrzenią zagubienia. Owa kradzież i wszelki zanik, będące procesami równoległymi do konwencjonalnego trwania, odbywają się tu na „oczach” świata, jednak bez jego jakiejkolwiek reakcji – te dramatyczne dla ludzi wydarzenia nie zostają rozpoznane jako znaczące w dziejach, a nawet – jako skutek bezwolnego zmierzania ku niebytowi – wydają się antyheroiczne:
„W rozproszeniu, bez nazwy
na śmierć i na miłość.
W pustce bezsennej. Wydostaję się z życia,
milczę i nie rozumiem, czyja obecność,
czyja moc czuwania
naznacza mnie, czekając” [27].
Lirykę Bigoszewskiej, apoteozę liminalności, w której „Jeśli coś trwało, to trwa” [31], wyróżnia świadomość, która nie znajduje wytchnienia ani zapomnienia, będąc nieustannym świadczeniem opieki całym sobą temu, co nieobecne i utracone. To czuwanie przymusowe i jałowe, które nie przynosi żadnej konkretnej treści poza widmem pustki i redukcją „ja” w samookreśleniu do ambiwalencji: „Tylko to mogę dać. / Nieobecność, niepewność. // Dotykam ich ukradkiem nocą, / kiedy koliście staje się / napierśnik snów” [22]. W perspektywie tych wersów Złodziejską kieszeń determinuje dualizm – napięcie między tytułową metaforą, określającą naturę świata, a paradoksem daru, jakim jest obecność „ja” ofiarowującego się czystej, nieskonkretyzowanej inności, to jest dzielącego się określającymi go deficytami mimo, że nie dysponuje już niczym fundamentalnym, pozytywnym, trwałym ani pewnym. Zamiast stabilności i sensu pojawiają się tutaj ich negatywne przeciwieństwa. Istotnie ograniczone możliwości podmiotu oraz fakt, że charakter jego obecności w wierszach Bigoszewskiej jest deklaratywny, niemal sprawozdawczy, są dopełnieniem sytuacji, w której osłabia się kontrola ratio nad światem i zarówno Inny, jak i sam język nie oferują już czegokolwiek sensotwórczego. Sny wobec tego nie są tu ucieczką, lecz formą obrony przed całkowitym rozpadem, przed konfrontacją z pustką na jawie; są zdaniem sobie sprawy, że jedyną nadzieją dla „ja” jest uznanie własnej niezdolności do ocalenia drugiego i ukradkowe praktykowanie swojej ofiarności, na przykład na marginesach kosmosu i pod wiatr czasu: „Znikąd, donikąd, / tak przemieszcza się światło. / Przez nieskończone drogi gwiazd. / (…) Po zgasłej stronie mapy, skrajem / nieba idąc. Pod wiatr” [21]. Podmiot Bigoszewskiej, między innymi z powodu swoich doświadczeń życiowych, nie celebruje aktu kreacji, lecz rozpoznaje w nim źródło krzywdy, Tworzenie jest bowiem powoływaniem do życia w świecie, który nie oferuje ochrony przed cierpieniem pozbawiającym woli istnienia. To poezja nieważąca się na obronę bycia, lecz mająca odwagę zakwestionować je z pozycji miłości:
„Byłoś takie samotne,
moje dziecko, mój wierszu.
Obyś się nie urodził.
Dziś spalę twoje zdjęcie,
bo wiesz, to jest coś nie do opisania:
wydać na świat, żeby tracić
w milczeniu” [10].
Poezja u Bigoszewskiej nie jest sublimacją cielesności, lecz jej przedłużeniem, inną formą inkorporacji somy, a także dobroczynnym aktem wspólnoty i pamięci. Równocześnie ciało wiersza w Złodziejskiej kieszeni, zawierające głosy wielu osób w jednej postaci, pozostaje w sobie jednocześnie pokarmem, ofiarą i resztką; wyróżnia się dyspozycją do bycia czymś w rodzaju sakramentu, w którym ono samo trwa, przeżywając własne istnienie i jego ubywanie: „Kobieta zjada swoje ciepłe ciało / z wdzięcznością, otwierając się także / na usta wiersza, otwierając je w imię / ojca (i syna) każdej straconej strofy” [8].
Złodziejska kieszeń odznacza się biologizacją wiersza i przenoszeniem na odbiorcę, za pośrednictwem tekstu-nośnika, fizycznego bólu. Bardzo ważne jest tu posiadanie ciała jako formy materialnej, symbolizującej początek i koniec, narodziny i śmierć. Owa soma, która przynosi zarówno ból, jak i przyjemność, nie rodzi tu apetytu na życie, ale jest doświadczeniem brutalizującym bycie, uzmysławiającym jego punkty brzegowe oraz w sposób czynny, naoczny podkreślającym przyrost cierpień destabilizujących przeżywanie i myślenie. To, że wiersz Bigoszewskiej – widziany na przykład jako relacja z wytracania swojego niewysłuchanego, wewnętrznego „ja” – wiele zawdzięcza biologii, czyniąc jej prawa swoimi przewodnimi zasadami, ukierunkowuje te teksty na poetykę zwięzłości, która to z kolei w sposób przenikliwy odzwierciedla intensywność piękna i utraty. Są to dwie dominanty Złodziejskiej kieszeni, wytwarzające przeciwstawne tendencje i pragnienia – z jednej strony „ja” chce przylgnąć do zachwycającego go świata, z drugiej zaś próbuje za wszelką cenę, także dopuszczając możliwość zaniku samego siebie, odrzucić rzeczywistość, która pozbawia go tego, co najcenniejsze, włącznie z samym sobą, to jest bytu dzień po dniu coraz uboższego o miniony czas i utracone możliwości. Podążając za meandrami tych wierszy, ulegamy pytaniom zadawanym przez poetkę i jej persony, czyniąc je kwestiami, które stanowią także o stawce naszych egzystencji. Tym samym, czytając Złodziejską kieszeń, pytamy o kwestie zasadnicze: Co prowadzi do umierania i urzeczywistnienia się fatalizmu? Dlaczego trwanie wymaga aktualizowania i musi być zakłócane przez chorobę? Jak żegnać się z życiem, które wciąż trwa? Czy można na chwilę odroczyć zranienie i umownie ocalić nasze myśli przed absolutną wyrwą w postaci bólu drenującego świadomość? Czy – wreszcie – somatyczne udręczenie może być z jakiegoś punktu widzenia wartościowe? Czy to ono stanowi wręcz pożądane dopełnienie naszego człowieczeństwa?
To poezja niekurtuazyjnej, enigmatycznej szczerości i autentyzmu. Poetka nie ulega byle pretekstowi i krótkotrwałym przekształceniom, wszelkie naleciałości pochodzące z upływającego czasu oraz rezonującego na każdym planie niepokoju są w jej utworach naturalne, nieodwoływalne i wydają się następstwem sukcesywnego, to jest nieprzejściowego ubywania wewnętrznej energii życiowej. Tworzywo tych wierszy, ów inicjator refleksji poetyckiej, jest rozpuszczalne w świecie teraźniejszym – nie stanowi anomalii zaburzającej równowagę między zjawiskami, nie jest przykładem kolizji między prawdą tekstu a prawdą życia i nie przypomina introdukcji obcego elementu, który zaburza status quo. Niewydolność somy i słów na różny sposób tutaj opisywana – notabene nie zawsze wynikająca z niezdolności samego podmiotu i słabości jego psychiki, ale będąca choćby skutkiem nadużyć ze strony świata – ani na moment nie powoduje załamania wiary w siłę wiersza. Jest on dla Bigoszewskiej tożsamy z egzystencjalną dezercją, jakby rozsądne operowanie poetyckim instrumentarium dawało powidok bezpieczeństwa i obietnicę wzbogacającego wewnętrznego spokoju, nie będąc równocześnie rodzajem ucieczki w to, co postludzkie, pozacielesne i antypodmiotowe. To wszystko nasyca wyznania „ja” skutkami udręczenia, niezaspokojenia i wyobcowania, a one zaś popychają liryczne głosy Bigoszewskiej ku artykułowaniu porażenia życiem oraz jego antytezami – tym, co je przezwycięża, podważa jego prawomocność i zmienia nasze bycie w oczekiwanie na łaskę wyswobodzenia się z matni rzekomej witalności.
Autor: Przemysław Koniuszy
Maria Bigoszewska, „Złodziejska kieszeń”, Wydawnictwo Forma, Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy, Szczecin, Bezrzecze 2021, s. 52.
Bezpowrotne Joanny Matlachowskiej-Pali rozwija poetykę patrzenia na wskroś świata. Wszelkie zjawisko wydaje się tu albo do jakiegoś stopnia transparentne, na przestrzał jawne, albo pozbawione czynnika zdolnego zatrzymać na nim uwagę podmiotu. Każda rzecz jawi się jako zupełnie odrębna wobec swojego niewinnego pierwowzoru, a jej skalanie polega na tym, iż permanentnie przesączają się przez nią czas, historia i spojrzenia. Dlatego poszczególny efekt poetycki daje nam tutaj od razu wgląd w inny zabieg ekspresyjny i nic nie jest samoistne ani w poznaniu, ani w ontologii. Sprawczość – jako zdolność centralizacji i wyboru dominant – przejęły natomiast zmysły podmiotu: to one scalają porwany świat na tymczasowo spójny obraz mentalny, co udaje się im dlatego, że nie działają samolubnie i udzielają sobie nawzajem wsparcia. Szóstym zmysłem staje się zaś oczywiście poezja. Ponadto, gdy któryś instrument percepcyjny ulega w tych wierszach osłabieniu lub musi ustąpić, drugi automatycznie przejmuje jego kompetencje, łącząc je ze swoimi i stając się tym bardziej silny, widząc w tym, co osobne nieomylne świadectwa bliskości, a w rzeczach złączonych efekty długotrwałej i odciskającej niezatarte piętno przemocy („Są chwile które łączą / tak że nie rozerwiesz / są takie co zejść się nie chcą / choć osobno trwają” [15]). Hegemonia zmysłów, do której tu dochodzi, bardzo ciekawie służy przedstawieniu rozproszenia myśli, jej zdezorientowania i – tym samym – niemocy wytworzenia konsekwentnej wizji. Mentalność w Bezpowrotnym nie tylko dociera do swoich granic i meandruje, ale równocześnie praktykuje antagonistyczne trajektorie, osiąga kierunki o różnych wektorach wyobrażeniowych, empatycznych i ideowych. Nic to zresztą nadzwyczajnego w rzeczywistości wierszy zebranych w tomie Bezpowrotne, gdyż powstają one ze spotykania się (mieszania i splątywania się) w myślach niczym w tkaninie czy rzece nici i strumieni jakości. Z zaaprobowanej syntezy powstaje u „ja” lirycznego Matlachowskiej-Pali wrażenie utraty oparcia ontologicznego. Gdy rzekomo koherentna rzeczywistość, której skończoność polega na postępującej entropii, w swojej wsobności skupia się na samej sobie, u „ja” bierze górę myślenie o nicości toczącej go od wewnątrz, o stopniowym wygaszaniu jego osobowej immanencji. Atmosferę degradacji inicjowanej z poziomu świadomości dopełnia zdradzający naturę „ja” jego stan emocjonalny – jest to pełne uzewnętrznienie inkluzji osobowościowych i historii prywatnej, dotyczącej najbardziej intymnych utrat, autokonfrontacji z własnym wybrakowaniem oraz momentów bycia w skrytości z samym sobą, z doczesnością rozciągniętą w nieskończoność. Są to wiersze, w których wyobraźnia wizualizuje odzyskanie niemożliwego, nieosiągalnego ideału, i opłakuje utratę figury utraconego porządku sensu – kogoś, kto był świadkiem dawnego, wzorcowego rytmu istnienia i bez kogo nic nie będzie już mogło być takie, jak dawniej. Rzeczy – symbole trwałości – zastępują tu kaleką egzystencję, a w teraźniejszości nastaje czas absolutnego oczyszczenia. „Ja” Bezpowrotnego pozostaje w takich okolicznościach cicha, uporczywa prośba o możliwość innego bycia – takiego, które jeszcze się tli mimo wygaśnięcia absolutnego ogniska woli życia:
I.
Tom Piotra Michałowskiego, Dzień jest wierszem, świat kolorem, zaczyna się od zastanowienia, jak odróżnić otwarcie i początek nowego nurtu własnej twórczości od końca i rozstrzygnięcia poprzedniego etapu. Te refleksje koncentrują się w cyklu ekfraz opatrzonym symptomatycznym godłem (B)ramy obrazu. Później ten namysł rozgałęzia się na kilka zasadniczych rejonów refleksji, określanych wprost w tytułach kolejnych partii tomu, które wskazują albo czas, albo symboliczny kierunek przeobrażeń: Wstecz, Poza i Naprzód. Na poziomie metapoetyckim „ja” liryczne szuka wyjaśnienia i celowości poezjowania o nadzmysłowym charakterze, wie bowiem, że poezja ufundowana jest na sprzecznościach i byciu w nieustalonym pomiędzy, na przecięciu między początkiem a końcem właśnie, w egzystencjalnej alternatywie albo-albo. Te kwestie Michałowski wprowadza w wierszu Po-prolog, najgłębszym wprowadzeniu do tomu poetyckiego, jakie w ostatnich latach powstało. Pierwsza ewentualność definiowana jest tam jako: „albo / implikacje domniemanych przyczyn / snuć w minus nieskończoność / w rozbieżny labirynt utraconych korzeni” [7]. Druga zaś, niekoniecznie sprzeczna z pierwszą, wybrzmiewa następująco:
Bodajże – skutecznie przyciągający uwagę tytuł tomu Andrzeja Ballo – w lekturze kieruje czytelnika w stronę oczekiwania, że tu oto będziemy obcować z opisem mierzenia się z przewidywaniami i przybliżeniami różnego rodzaju. Podmiot liryczny, nie będąc w stanie i wręcz nie chcąc wi(e)dzieć wszystkiego, w swoich wglądach poznawczych pozostawia pewną lukę między tym, co zastałe, nieporuszone i tkwiące w nieprzeniknionych, wyblakłych rezerwuarach pamięci, a elementami tworzącymi dynamicznie przekształcający się obraz teraźniejszości, która stale wymyka się zmysłom. Okazuje się, że to w przerwie między poznanym a nieznanym sytuuje się przestrzeń wierszy i wysłowienia Ballo. Mówienie bodajże nie jest tu tylko oznaką niemocy przywołania czegoś na tyle konkretnie, by myśl i wypowiedziane słowa były satysfakcjonujące, ale także stanowi element „unikania rozczarowań” [11], gdy zdarzenia nie przebiegają tak, jak założyliśmy, a rzeczy okazują się zdradliwe i wymykają się. Gdy persony Ballo mówią lub myślą bodajże, wówczas mimowolnie manifestują niechęć do danego tematu, nie chcą zdradzać swojej niewiedzy lub – najczęściej – boją się rozdrapywać rany na świadomości. O tym ostatnim mówią najczęściej w sposób subtelny, tak jak wtedy, gdy pytają „czym się różni / tęsknota od marzenia? // tym / że między nimi / jest teraz” [16]. Co więcej, tytułowa formuła jest na tyle pojemna, że obejmuje przynajmniej jeszcze jeden wymiar, a mianowicie bardzo często tu wykorzystywany model doświadczenia lirycznego, który polega na zderzaniu porządku wyobrażonego z faktycznym, mieszaniu perspektyw czasowych i tworzeniu onirycznych wizji. Dlatego w wierszach Ballo bodajże coś mogło mieć miejsce, albo wręcz przeciwnie – nigdy nie zaistniało poza kartą wiersza. Poetykę wątpliwości dopełnia tu swoisty koktajl materii tych poetyckich tekstów, które na poziomie szczegółowym tworzą ironia, pastisz czy groteska. Erudycyjne gry, jakie uprawia poeta z kulturą, egzystencją, emocjonalnością, samym sobą i – prawdopodobnie – swoim czytelnikiem, służą więc – wedle logiki tytułu – zdystansowaniu się od niewiadomych i zdania sprawy z głębokiego rozczarowania światem, którego nie sposób odbierać jako fundamentu myślenia i ramy istnienia. Pokorne bodajże – możliwa emanacja zgorzknienia i znaczący postęp w poetyce szczerości – nadto zdaje się manifestem bezradności wobec braku realnego, namacalnego pożytku z krytyki, zaangażowania i wychodzenia poza stan zastany. Te gesty przynoszą bowiem wciąż niewiele więcej niż zdystansowany, niespieszny opis napotykanych artefaktów, obserwowanych zjawisk czy doświadczanych wydarzeń.
„o wąskich śpiewam drogach wiosny o naturze świerszczy / grających w aorcie gleby tak pysznie że już się nie jąkam” – tymi oto słowy, dla Ciebie, Czytelniku, poetycki świat Natury, to uniwersum nieposkromionej łączniczki życia i śmierci, otwiera Stanisław Kalina Jaglarz swoim drugim tomem poetyckim. Zajęczy żar to propozycja przemyślenia roli indywidualnego głosu w wierszu jako medytacji chcąc nie chcąc naturalnie i postantropocentrycznie przechwytującej to, co pozaludzkie, odrębne i suwerenne. Czytając te wiersze, początkowo czujemy się obco i to stan, jak się wydaje, dla Jaglarza nieodłącznie związany z byciem człowiekiem – istotą, której dominantą jest nieobecność, utrata i lęk. Nie wiemy nic ze świata Natury – niezależnie, czy rzecz zawęzić do tekstu wiersza, czy rozszerzyć ją na własne, czytelnicze światoodczuwanie. Jest to dotkliwe już na poziomie rzeczy najważniejszej i stanowiącej źródłową niewiadomą: grzybni. To mycelium jak sieć oplata życie, rozprzestrzenia je nitkami plechy, które ciągną się w nieskończoność i porwane, przerywają swoje przebiegi jak wersy, zbitki komórek rozsiewające cząstki myśli o jednym, ogarniającym wszystko organizmie żywym, zbudowanym z „innych”, drobnych mikrożyć. W ich puls chce wsłuchać się multipodmiot Jaglarza, artykułując takie, niemal modlitewne wyznania: „gdybym miał oczy byka zielone i żyłkę spojrzenia płożącą się jak grzybnia / czy czułbym czym są pochody pory i nastawanie dnia albo nocy / (…) chciałbym poznać te cienie rozciągłe ciało jednego słońca”. Przez wiersze Jaglarza można patrzeć jak przez okna dające widok na świat pełen zwierzęcego i ludzkiego cierpienia, i nade wszystko żaru: wiary w życie, w gorejące istnienie, w możność posiadania innych oczu, innej natury, innego podglebia.
Warszawski badacz poezji autora nożyka profesora, Robert Cieślak – autor już dobrze znany z mających duże zasługi dla rozwoju różewiczologii oraz koncepcji „poetyki oglądu” takich prac, jak Oko poety. Poezja Tadeusza Różewicza wobec sztuk wizualnych, Poezja wobec kryzysu władzy wzroku oraz Poezja jako poznanie. Studia z poetyki oglądu – w swojej kolejnej książce z tego cyklu tematycznego, w Widzeniu Różewicza, ukazuje tytułowego pisarza jako poetę wzrokocentrycznego i zatroskanego o pamięć indywidualną oraz zbiorową. Wedle jego ujęcia, zaistnienie w poezji tego, co zobaczone i minione, jest możliwe dzięki poetycko-wizualnym mechanizmom: odsłanianiu i przysłanianiu, akumulowaniu/kreowaniu i wypieraniu tego, co wydarzone. Z tegoż ruchu powstaje obrazowo-werbalny obraz poetycki – zwornik wszelkiego wysłowienia poetyckiego, tym bardziej takiego, które stawia na poetykę fragmentu. Tworzywem wypowiedzi poetyckiej Różewicza, jak się tutaj okazuje, są palimpsestowo nakładające się obrazy, wiernie oddające właściwe człowiekowi mechanizmy konstytuowania i gromadzenia asocjacji, zaświadczania i wspominania, doświadczania i powracania.
W nieoznakowanym szlaku, swym ostatnim opublikowanym za życia tomie Bogusława Latawiec zastanawia się nad zasadnością mówienia o drodze. Jej refleksja w tym zakresie jest bardzo rozległa. Chodzi tutaj bowiem o kwestie tak odległe od siebie, jak możność wskazania jakiegokolwiek kierunku w świecie pozbawionym obiektywnych punktów odniesienia, szanse odnalezienia drogi na bezdrożu czy pożytki płynące z samodyscypliny, która miałaby polegać na trzymaniu się raz obranego planu podróży, niezależnie od ewentualnych korzyści, jakie wynikałyby z elastycznego podejścia do przemieszczania się. Ważnym rozwinięciem tej linii tematycznej jest rzecz jasna kwestia poezji, która – jak uznaje poetka – stale powinna dokonywać przemyślenia organizujących ją napięć, zwrotów, semantycznych punktów ciężkości i metaforycznych przeciążeń. Innymi słowy, pisanie wedle Latawiec miałoby polegać na permanentnej uważności w zakresie użytkowanych dróg wysłowienia, a zatem języka, jaki wykorzystuje się w translacji doświadczeń na język wiersza i wyobraźni. Obecność kategorii „drogi” w poetyckiej refleksji jest znakiem subtelnego przeorientowania idiomu, niekoniecznie wymuszonego przez potrzebę opisania wrażeń nieprzystających do dotychczasowego instrumentarium, ale najczęściej spowodowanego u Latawiec przez świadomość nowych wyzwań i kierunków wiersza. Ewolucja „drogi” może też zaistnieć na skutek przebudzenia poetyckiego podmiotu – zrozumienia przez niego, że nieoczekiwanie znalazł się w nowych okolicznościach, w dotąd nieopisanej konfiguracji zdarzeń i znaczeń – a więc tym samym ujrzenia się przez „ja” w konfrontacji z novum życia, z nieoznakowanym szlakiem egzystencji. Podmioty Latawiec, orientując się w nieustannie przeobrażającej się rzeczywistości, rozdarte są pomiędzy dwiema modalnościami: byciem przepełnionym impresjami a funkcjonowaniem jako istnienia okaleczone, cierpiące z powodu ziejącej w ich wnętrzach pustki. Kwestia bez-droży prawdopodobnie ma na celu cząstkowe rozstrzygnięcie tej dychotomii i ogólną kontemplację istoty poezji, której często przypisuje się antagonistyczne cele, lokujące ją na manowcach refleksji lub – wprost przeciwnie – pozwalające jej odnaleźć się na innym szlaku, w nowym, przynoszącym zaskakujące semantyczne rezultaty, miejscu. Świat pozbawiony jasno wytyczonych dróg jest jedyną możliwą realnością, ponieważ toczy się w nim stała walka o przetrwanie i przezwyciężenie na własną korzyść obecnie dominujących tendencji, każdy chce więc zagarnąć w jej trakcie jak najwięcej dla siebie, starając się przy tym, by inni zgubili szlak wiodący do upragnionych zdobyczy. Latawiec mówi o tym szczególnie w wierszach dotyczących poetyckiego zabezpieczenia przed dewastacją tego, co idealne: „aby choć raz / tuż przed ciosem noża / odsłonić / w księżycowej pełni / nieme piękno”. W konsekwencji powstaje Świat bez świata – przestrzeń wewnętrznie rozdarta, pozbawiona rdzenia, wypruta, odarta z logicznej teleologii i przede wszystkim tak fascynującej poetkę ciszy, zagłuszanej przez rwetes śmierci i wojny:
Dariusz Patkowski w debiutanckich Nokturnach przedstawia się jako poeta dwukierunkowy. Przeżywanie reminiscencji i introspekcji oraz trudna walka z własnym ego zawsze pociągają za sobą w jego wierszach ruch przeciwny, związany z uzewnętrznieniem i autoanalizą. Rozmyślając nad treścią wszędobylskiej ciemności, która stanowi wszak wspólny mianownik każdej cząstki Nokturnów, nie poprzestaje na prostych wyjaśnieniach tego, dlaczego świat współczesny jest wyludniony, choć równocześnie wydaje się tak tłoczny. Patkowski opisuje doświadczenie wyobcowania i osamotnienia, jednak dotyczy ono tak samo relacji międzyludzkich, jak i braku pewności co do zasadniczego znaczenia absolutnej instancji, która miałaby poruszać tryby świata, choć obecnie dominuje Nietzscheańskie twierdzenie o jej śmierci. Substytutem sacrum z powodu „mglistej obecności wiary” jest w Nokturnach poezja, będąca listem skierowanym do zewnętrzności, czytelników i tak samo domniemanego, jak kwestionowanego Absolutu, co sprawia, że teksty Patkowskiego stale otwarte są na to, co Niewyrażalne:
Tomasz Fijałkowski w Stronie biernej, swej najnowszej książce poetyckiej, wpisuje się w nurt literatury somatycznej, jednak ta etykieta w żadnej mierze nie wyczerpuje potencjału jego głosu, choć otwiera ją na ważne i twórczo wykorzystywane płaszczyzny. Jedną z nich jest szeroko problematyzowana obsesja na punkcie fenomenu życia i ogólnego witalizmu istnienia. Poeta jednak nie idzie po linii najmniejszego oporu i ów wątek rozwija w kierunku myślenia o ciele jako metaforze interakcji i wspólnoty. Bez cielesności i materialności, a także poszczególnego ciała, wyposażonego w bogate instrumentarium zmysłów – twierdzą podmioty tych wierszy – świat jawiłby się jako nieczytelny i zamglony. Dzięki uwięzieniu w materialnej formie niezależnie od świadomościowego dopełnienia, realne może zostać przetworzone w myśli. Choć w obrębie cielesności wyradza się to, co nowe i „egzotyczne” w teraźniejszości, to dominacja materii nie jest satysfakcjonująca dla podmiotów Fijałkowskiego, dlatego szukają bardziej wydajnej pożywki dla wyobraźni i – co za tym idzie – próbują wypracować model bycia pozwalający inaczej „umeblować” życie, uniknąć tego rodzaju klęski: „Nie dotarliśmy do etapu udźwiękowienia. Niemi i głusi obserwujemy, / jak powieść-rzeka wpada w przepaść”.